facebook:
polecamy:

Polski Związek Alpinizmu

 

Bielski  Klub  Alpinistyczny

Po spotkaniu z Pawłem Michalskim w Książnicy Beskidzkiej

Właściwie, o które szczyty chodziło i dlaczego były one najtrudniejsze, skoro ten najtrudniejszy ostatni ośmiotysięcznik K2, dotąd nie zdobyty zimą, jest jeszcze przed nim? Tak zastanawialiśmy się nad tym tytułem zaproszenia na prelekcję i pokaz slajdów Pawła Michalskiego.
Wszystko szybko wyjaśniło się zaraz na początku spotkania. Tytuł prelekcji był bowiem tak specjalnie przewrotnie napisany, bo chodziło w nim o emocjonalne, najtrudniejsze szczyty, jego szczyty – Pawła Michalskiego. Trzeba tu zaznaczyć, że nasz gość zdobył już cztery ośmiotysięczniki i ma na swoim koncie wiele innych szczytów, jak też wiele wypraw wysokogórskich.
„Przedstawię dwa wydarzenia, które mną wstrząsnęły, ale nie zniechęciły!” – dodał wyjaśniając tytuł prelekcji. Pod koniec prelekcji „dorzucił” jeszcze trzecie wydarzenie. Wszystkie historie przedstawione nam dzisiaj były jak nie zmyślony horror. Posłuchajmy, a właściwie przeczytajmy teraz o nich.

Pierwsze wydarzenie – rok 2015

Wydarzenie dotyczyło trzęsienia ziemi w Nepalu w dniu 25.4.2015 r. Dotknęło ono również rejonu Mount Everestu, himalaistów i licznych wypraw komercyjnych. Potężna lawina lodowo-śnieżna, będąca efektem tego silnego trzęsienia ziemi zeszła od strony grani Pumori i zniszczyła środkową część obozowiska rozciągniętego na 2-3 km na morenie lodowca Khumbu pod Everestem. W sezonie przebywa w tym rejonie około dwa tysiące osób. W bazie i na stokach zginęło kilkanaście osób, wielu było rannych.
Paweł Michalski był wtedy w bazie, a następnego dnia miał zaplanowane wejście na sąsiadujące z Everestem Lhotse. „Trzęsienie ziemi trwało około 30-40 sekund. Efektem było oberwanie się dużej części grani. Wywołało to lodowo-śnieżną lawinę, która uderzyła z impetem w środkową część bazy. Nasza baza była 200 metrów niżej. Zdążyłem tylko założyć buty, wyskoczyć z namiotu, kiedy wszystko zaczęło się trząść. Jak zobaczyłem ścianę śniegu pędzącą w moim kierunku nie pozostało mi nic, tylko szukać schronienia” – mówił w wywiadzie dla Faktów TVN.
Najpierw jednak zobaczyliśmy „spokojne” zdjęcia bazy i okolic Mount Everestu, a wśród nich lodowo-śnieżne spiętrzenia, gdzieś tam hen na górze, jeszcze w całości, jeszcze spokojnie drzemiące, prawie „wiszące” nad głowami osób przebywających w bazie i poza nią.
Potem zobaczyliśmy krótki filmik, a w nim na żywo widok lawiny i ten ogromny śnieżny pył. To był moment. Gdy wszystko się uspokoiło, gdy wszystko w bazie przysypane było na biało, wtedy dla ludzi tam przebywających zaczął się kolejny dramat. Zobaczyliśmy tę bazę, właściwie jej środkową część, która ucierpiała najbardziej, bo potworna była siła tej lawiny, gdy ogromne ilości lodu, śniegu i pyłu ruszyły w dół, a jeszcze potem były wstrząsy wtórne… Zobaczyliśmy ją w ogromnym nieładzie, namioty i rzeczy porozrzucane były gdzie popadło, zobaczyliśmy akcję ratunkową, polowy szpital, dwa helikoptery… Dramat!
Plany Pawła i himalaistów na wyprawie „6 Summits Challenge” w ciągu tych kilkudziesięciu sekund runęły, jak ta potężna lawina. Co dalej robić? Z wspinających się himalaistów, on i jego koledzy szybko stali się ratownikami. Znosili rannych nie tylko tych w bazie, ale i ze stoków, bo przecież tam też byli ludzie. Nie ominęła ich też czynność znoszenia zwłok w jedno miejsce (dla ochrony przed ptakami, bo Szerpowie mają awersję do dotykania zmarłych). Jak nam powiedział: „(…) były to przeżycia na granicy wytrzymałości. Nikt nie mógł się spodziewać, że w bazie, w obiektywnie bezpiecznym miejscu może coś takiego się zdarzyć. Psychika była zszargana po tym, co doświadczyliśmy”.

Drugie wydarzenie – rok 2007

Dotyczyło tego wszystkiego, co wydarzyło się podczas zejścia ze szczytu Gasherbrum I, który szczęśliwie zdobyli w międzynarodowym czteroosobowym zespole himalaistów: z Polski, Iranu, Rumunii i Katalonii. A zaczęło się to wtedy, gdy byli jeszcze bardzo wysoko, już w ciemnościach, gdy nagle Paweł usłyszał lekki huk. Teren już się wypłaszczał. Razem z tym hukiem poleciała czołówka, czekan, czapka… To Alex Gavan, Rumun poleciał w dół. Pozostali dwaj wspinacze nie bardzo wiedzieli gdzie są, bo wykazywali już początki objawów choroby wysokościowej.
Zrobiło się niewesoło! W pewnym momencie Paweł zobaczył jakieś błyski. Wtedy pomyślał, że „nadchodzi burza, jeszcze tego brakuje!” Ale te błyski były jakieś nienaturalne i do tego za blisko. Jak się później okazało Alex nie spadł, bo wyhamował i przy tym upadku wszystko zgubił, poza aparatem fotograficznym, który miał pod kurtką. Wyhamował, ale do dzisiaj nie wie, jak to zrobił! Natomiast aparatem fotograficznym, fleszem błyskał, dawał znak o sobie. Ten rumuński himalaista przeżył szok po tym upadku, dalej nie chciał schodzić, upierał się…
Od tego miejsca zaczęła się dramatyczna akcja schodzenia z tym himalaistą, a właściwie „doprowadzenia” go przy pomocy również mało już sprawnych kolegów, do obozu III, położonego na wysokości ok. 7000 m n.p.m. W namiocie jednak nie spali, tylko przesiedzieli. Rumun i pozostali dwaj wspinacze (Irańczyk i Katalończyk) nie byli sprawni, a ich zachowania wyraźnie świadczyły o oznakach choroby wysokościowej. Paweł nie mógł już liczyć na pomoc tej dwójki, ale miał wybór: „trzech ma zginąć, czy jeden?”.
Ta historia pewnie zakończyłaby się tragicznie, gdyby nie dwóch Francuzów idących po swoje pozostawione na stoku rzeczy. Przypadek (?) czy też Opatrzność (?) sprawiły, że jedni i drudzy spotkali się w odpowiednim momencie. „Panowie pomóżcie…!” – brzmiały błagalne słowa prośby naszego himalaisty. Po wielu godzinach dramatycznego schodzenia, również przy użyciu starych, chińskich poręczówek z pomocą Francuzów zeszli do obozu na wysokość 6400 m.
„Co ja tutaj robię, przecież byłem na szczycie?!” – zastanawiał się w tym miejscu Alex… Później było jeszcze zejście do bazy, też niełatwe, bo Francuz zmuszony był zastosować wobec Alexa metodę bokserską (domyślamy się, jaką!). Ciekawe, że tak skuteczną!
Nasz Gość na zakończenie tej historii powiedział nam, że trudne są wybory, gdy organizm mówi „nie”, gdy włącza się instynkt samozachowawczy. Dodał też: „Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie ci dwaj Francuzi z Chamonix”.

Trzecie wydarzenie – rok 2008

Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc słuchaliśmy dalej z zainteresowaniem kolejnej, niesamowitej historii, która wydarzyła się po zejściu ze szczytu Gasherbrum II. Było to w Skardu – wspominał Paweł Michalski, gdzie on i Simon La Terra – Włoch, spotkali się z irańską wyprawą, która z kolei wracała z Broad Peak. Z tej okazji zafundowała zwycięzcom Gasberbrum II poczęstunek, obiad, ciasteczka itd.
Gdy oboje byli już w dalszej drodze, a w promieniu kilku kilometrów nie było nikogo, Paweł zauważył, że coś niedobrego dzieje się z jego partnerem. „Simone, ja schudłem, a ty przytyłeś!”. To niemożliwe, żeby tak było po wyprawie na ośmiotysięcznik! – Paweł zaczął się zastanawiać. Wtem Simone usiadł i trzymał się za gardło, brakowało mu tchu… Tak zaczął się kolejny dramat, a nasz himalaista Paweł znowu stał się ratownikiem. Szybki marsz nocą do najbliższego miejsca, gdzie mogliby Simonowi pomóc, szybkie działanie, telefon do Włoch, zastrzyki kortyzonu, przygotowanie do… przecięcia gardła, wreszcie oddech Simona… Co zjedliście? pytano później… itd. Można by jeszcze wiele napisać o tej historii, której finał był dla Simona szczęśliwy. Przeżył!
Jak się później okazało, Simon był uczulony na konopie indyjskie. A te ciasteczka z konopiami indyjskimi były przyczyną zdarzenia o mało co nie zakończonego dla niego tragicznie.

Paweł Michalski podsumował dzisiejszą prelekcję tak: „Po każdej wyprawie mam dosyć gór. Mija tydzień i znów myślę, gdzie się wybrać” i dokończył: „ważne jest zachowanie granicy, tej cienkiej, między ryzykiem a głupotą. W górach to jest mój wybór.”
Teraz zrozumieliśmy sens tytułu prelekcji Pawła Michalskiego pt. „Moje najtrudniejsze szczyty”. Oby ten następny szczyt, czyli K2 podczas letniej ekspedycji jak też i zimowej wyprawy 2016/2017 nie należał do tych najtrudniejszych. Tego z serca życzymy Panu Pawłowi i całej polskiej wyprawie!
Tradycyjnie głównym organizatorem spotkania był Jan Weigel, któremu serdecznie dziękujemy za trud i starania! Podziękowanie należy się również Książnicy Beskidzkiej, Bielskiemu Klubowi Alpinistycznemu i Polskiemu Towarzystwu Tatrzańskiemu w Bielsku-Białej.
Panie Pawle, pięknie dziękujemy! Tej prelekcji nie zapomnimy tak szybko! Warto było w niej uczestniczyć!

CS
[relacja ze strony www.bielsko.ptt.org.pl]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *